Aktualności

Subiektywnie po rozbiegu: Dziennik Zakopiański

Zakopane 2016 przeminęło z wiatrem. Skończyło się tak samo szybko, jak się zaczęło. Kwalifikacje, drużynowy i indywidualny konkurs – wszystko to stanowiło trzy dni jednego z największych „zimowych festynów Europy”.  Na ten jeden weekend stolica Podhala zamieniła się w biało-czerwony raj, który przyciągnął do siebie kibiców z każdego krańca Polski, a nawet świata. To właśnie oni, wierni fani skoków narciarskich, co roku tworzą w tym miejscu niezapomnianą atmosferę, której nie da się powtórzyć nigdzie indziej. Chociaż Zakopane pofrunęło gdzieś w nieznane, wspomnienia, nadal żywe, powracają ze zdwojoną siłą. Jak co roku, gdy emocje lekko opadną, staram się spisać swoje przeżycia – to, co mnie zachwyciło lub uraziło w czasie konkursów, jak również poza nimi. Do tej pory pisywałam je do szuflady. Na szczęście lub nieszczęście czytelników, w tym roku mam miejsce idealne do publikacji. Panie i panowie, czy tego chcecie, czy nie, przedstawiam kolejną część Dziennika Zakopiańskiego, tym razem na sezon 2015/2016.

Czwartek – cisza przed burzą 

Nie miałam w planach pisania o dniu bez konkursu. To, że trafiłam do Zakopanego dzień przed rozpoczęciem Pucharu Świata było czystym przypadkiem. Chciałabym zauważyć tu tylko ogromny kontrast, który widać wtedy, gdy brakuje jeszcze na ulicach biało-czerwonych barw, a zbliżające się wydarzenie czuć jedynie w powietrzu. Na uliczkach nie ma jeszcze tłumu i nawet po Krupówkach da się przejść bez większego problemu. Czwartek upływa też pod znakiem przyjazdu skoczków do hotelu. Planowany jest on zazwyczaj w godzinach popołudniowych, tak było również i w tym roku. Mój hotel znajdował się w odległości 200 m od skoczni, także aby do niego dojechać musiałam pokonać trasę wzdłuż hotelu Hyrny. Wytrwałych fanek w oczekiwaniu na idoli nie brakowało i już wtedy wydawało mi się, że jest ich sporo. Och, jak bardzo się myliłam…

Nie o tym jednak chciałam pisać. Ten paragraf poświęcony miał być kontrastowi pomiędzy czwartkiem a piątkiem. Niby jest to kwestia kilku godzin, a jednak można w tym czasie zaobserwować istotne różnice. Ludzie przesuwają się po chodnikach, kramy przy skoczni dopiero się rozkładają i panuje dziwna cisza, która za chwilę ma zostać przerwana przez hałas trąb. Nawet trenujący skoczkowie nie przyciągają uwagi, o czym mogłam się przekonać, gdy idąc chodnikiem po Drodze na Bystre przebiegł koło mnie niezauważony Peter Prevc, a kilka osob obejrzało się za nim, żałując, że nie poznali go wcześniej. Magia skoków dopiero się rozkręca i wprowadza atmosferę istnej ciszy przed burzą. Burzą, bo kolejnych trzech dni nie da się nazwać inaczej.

Piątek – lekko grzmi 

Kwalifikacje. Szłam na nie z poczuciem swobodnego przemieszczania się po całej trybunie. Poprzedni rok nauczył mnie, że na kwalifikacje wielu kibiców nie przyjeżdża, chociaż niesłusznie. Grono moich znajomych z całej Polski, którzy równie mocno jak ja poświęcają się skokom jako największej życiowej pasji, uparcie twierdziło zawsze, że na kwalifikacje jechać nie warto. „Bo to trzeba jechać wcześniej”, „Przynoszą małe emocje”, „Zawsze można je sprawdzić w internecie” – te wytłumaczenia słyszałam i słyszę często, co przyprawia mnie o ostry ból głowy. Kto wie, jednak może to ja nienormalnie i uparcie, jeśli już jadę, to na wszystko?

W każdym razie w tym roku przeżyłam szok ilością kibiców już na oficjalnych treningach. Przyszłam zaraz na początku pierwszej serii, a przy wejściu do sektora C ustawiła się spora kolejka. Wielu oczekiwało jeszcze w okolicznych knajpach, ale część z zaciekawieniem pokonywała już linię kontroli. Na treningach więc trybuny zapełnione były dość rzadko, ale jednak ludzie z zaciekawieniem przyglądali się rywalizacji. Co tu dużo mówić, było czemu. Skoki naszych zawodników, na które niewątpliwie czeka najbardziej większość kibiców pod Krokwią, były godne podziwu i w końcu mogliśmy zobaczyć wzrost formy, na który czekaliśmy, nie ukrywajmy, z niecierpliwością. Kwalifikacje dopełniły dzieła, uświetniając wieczór zwycięstwem Kamila Stocha i drugim miejscem Stefana Huli. Trąbek i biało-czerwonych barw nie brakowało, a po ostatnim skoku Petera Prevca i poznaniu oficjalnej listy startowej na niedzielny konkurs indywidualny, kibice udali się w swoją stronę, jedni z zamiarem zabawy do rana w jednej z karczm na tłocznych Krupówkach, drudzy, szczególnie młodsi kibice, pod hotel Hyrny, o którym wspomnę za chwilę. Bo w czasie tego weekendu nie tylko pod skocznią był ścisk…

Sobota – słychać grzmoty 

Konkurs drużynowy musiał zmierzyć się z cieniem udanych kwalifikacji. Tysiące kibiców pod skocznią marzyło o powtórce tego, co zobaczyli dzień wcześniej. Już cztery godziny przed zawodami na ulicach można było zobaczyć i usłyszeć nacierający tłum i ogromne kolejki do sektorów. Ponieważ w tym roku skoki mogłam oglądać z perspektywy gościa Premium, na Wielką Krokiew udałam się dopiero na serię próbną. Atmosfera wyczuwalna już od wejścia na teren obiektu – hałas i biało-czerwone barwy obecne wszędzie. O utrzymanie jej dba niezastąpiony duet Crowd Supporters, którzy co roku nie zawodzą nikogo w tworzeniu „krainy czarów”.

Na jednym z krzesełek siedzi młoda dziewczyna, „na oko” w moim wieku, z grubym plikiem zdjęć w ręku. Mówi mi, że od rana stała pod hotelem Hyrnym w oczekiwaniu na skoczków. Chwali mi się zdjęciami, na których udało jej się zdobyć autografy. Wszystkie pochodzą z poprzednich konkursów, na każdym widzę jej uśmiechniętą twarz, gdy stoi obok jednego z zawodników. Najbardziej cieszy ją autograf zdobyty od Daniela Andre Tande. Tym zdjęciem chwali mi się kilka razy, przybliża je i oddala, opowiada historię z nim związaną. Orientuje się niedługo, że na tej miłej pogawędce minęła mi cała seria próbna. Dziękuję jej za wymianę doświadczeń, tak wyjątkowo mi potrzebną, i uciekam na swoje miejsce. Wszyscy jeszcze mają w pamięci wspólny taniec z Thomasem Morgensternem, który tutaj na zawodach jest szczególnym gościem. Polacy w składzie: Stękała, Kot, Hula i Stoch walczą zaciekle i zaspokajają oczekiwania kibiców. Norweskie zwycięstwo nie jest dla nikogo zaskoczeniem, austriackie srebro również – te ekipy skakały po prostu najlepiej. Tłum szaleje, a ja jestem w coraz większym szoku. Wielu wie przecież, że nie liczyłam na podium dla naszych zawodników. Zakopane jednak lubi co roku dzielić się swoją magią…

Z konkursu wychodzę po ceremonii i udaję się pod hotel Hyrny. Nie ukrywam, że zdobywanie zdjęć czy autografów jest dla mnie jest wyjątkowo ważne. Fani w moim wieku zabiegają o nie, jest to rzecz dosyć normalna. Słuchając rady koleżanki z trybuny, biegnę pod barierki, gdzie przy wejściu ustawiła się już duża grupa kibiców. To coś zupełnie większego, niż to co zastałam w tym samym miejscu zaraz po kwalifikacjach. Ludzie stoją w napięciu i oczekiwaniu, nie brakuje również dorosłych kibiców. Ci czekają głównie na polskich zawodników, których przyjazd ma się opóźnić ze względu na spotkania i inne obowiązki. Młode dziewczyny szepczą między sobą o wymarzonych autografach, nie zwracając uwagi na chłopaków stojących obok, którzy próbują zwrócić uwagę niektórych z nich. Oczywiście nie brakuje również typowych „hotek”, jest ich jednak mało i nie zwracają na siebie uwagi. Gdy podjeżdżają poszczególne busy, ochroniarze mają pełne ręce roboty, chociaż wszystko przebiega w pokojowej atmosferze. Niektórzy przystają, rozdają autografy czy pozują do zdjęć, inni mijają tłum i udają się od razu do pokoi. Po godzinie tłum rozchodzi się. Tak kończy się sobota w Zakopanem, pełna emocji, dobrych i tych złych, w zależności od głosu serca.

Niedziela – burza z piorunami

Niedziela rano. Około 9 rano wybiegam z hotelu z torbą wypakowaną flagami, zeszytem na autografy, teczką z kartkami i zdjęciami, nie udaję się jednak pod hotel Hyrny. Zabierając po drodze przyjaciółki, szybko kierujemy się w stronę kawiarni Piekiełko, gdzie ma się odbyć spotkanie promujące biografię Thomasa Morgensterna. Chcemy być tam jak najwcześniej, zakładamy, że półtorej godziny przed wystarczy na zajęcie miejsc w pierwszym rzędzie. Gdy już jesteśmy na miejscu, stajemy jak wryte. W kawiarni jest już dość spora grupka osób. Część z nich siedzi na ziemi, inne zdołały zająć miejsca na krzesłach, pojedyncze podpierają ściany. Cudem dopychamy się na przód i siadamy na stercie usypanej z kurtek. Czekamy, każda z nas z książką w ręku, a na ścianie wyświetlany jest filmik z największymi sukcesami Thomasa. Moja przyjaciółka, dla której ten przyjazny Austriak jest autorytetem od wielu lat, ma łzy w oczach gdy w końcu Morgenstern pojawia się na sali. Sebastian Szczęsny zadaje kilka pytań, gość odpowiada na nie cierpliwie. Zaproszona specjalnie kapela góralska gra tradycyjną melodię, którą wielu nagrywa na pamiątkę. Wreszcie jest czas na podpisy. Wszyscy uprzedzają, że Thomas ma niewiele czasu do odlotu helikopterem. Tłum napiera, jest duszno, wszyscy chcą być jak najbliżej i jak najszybciej dostać wymarzony autograf. W końcu udaje się to również mi i moim koleżankom. Szczęśliwe wychodzimy z COSu, odprowadzam je w kolejkę do ich sektorów, a sama idę jeszcze się przepakować. Konkurs indywidualny woła już mnie do siebie głośno…

Jak zwykle, przed serią próbną, idę szybko do sektora, gdzie tym razem zebrana jest już większa ilość osób. Tutaj chciałabym zwrócić uwagę na dwa aspekty – dobre i złe – które wyróżniają sektor Premium spośród innych. Pozytywem na pewno jest kultura, o której nie zawsze mogłam się przekonać podczas poprzednich wizyt w innych sektorach. Spokój i wspólna zabawa to coś, co na pewno wyróżnia te, bądź co bądź, droższe sektory. W tym roku nie dostałam od nikogo w twarz, nikt nie zasłonił mi wielkim banerem skoczni ani nikt nie nawrzeszczał na mnie, gdy kibicowałam również innym zawodnikom, poza Polakami. Ten sektor jest bardzo międzynarodowy – połowę stanowili Norwegowie, byli również Finowie, Niemcy czy Austriacy. Zabawa idzie zdecydowanie lepiej, gdy nie stoi obok ciebie upity do nieprzytomności, wulgarny i agresywny chłopak w dresach, który uważa, że na skoczni jest sam i może robić wszystko. Potwierdzam, jest lepiej.

Minusem, chociaż pewnie nie dla wszystkich, jest fakt, że wielu kibiców kupuje sektor Premium tylko po to, żeby… cały konkurs przesiedzieć przy jedzeniu i piciu. Ledwo wejdzie na trybunę, już udaje się do poczęstunku, gdzie nie widać ani skoczni ani nawet lecącego w powietrzu zawodnika, bo wszystko zakrywa metalowa konstrukcja i stojący ludzie. Tacy jednak się tym nie przejmują, gdyż najważniejsze jest sowite opicie się i najedzenie za wydane 400 złotych. To samo można zrobić przecież poza skocznią, jeśli zawody nie interesują takich „kibiców”. Napić się i najeść można wszędzie i to nawet za niższą cenę. Strata pieniędzy, szpan, udawanie kibica – nie wiem. Mocno mnie to raziło, więc musiałam o tym napisać.

W czasie konkursu robię dużo zdjęć, łapię skoczków z pierwszego rzędu, nikt mi nie zasłania, mam widok na wszystkich. Udaje mi się też złapać autografy, bo niektórzy podchodzą do nas z kartkami czy pozują do zdjęć. Konkurs przebiega szybko, emocje jak zwykle górują, atmosfera się zagęszcza, jest po prostu magicznie. Wszyscy liczą na podium Kamila, niestety nie udaje się, ale mimo tego skoczek odchodzi z uśmiechem. Na to wszyscy czekali, na zadowolenie na jego twarzy. Gdy on jest szczęśliwi, inni także. Magia.

Podium zasłużenie austriackie. Stefan Kraft odbiera monopol na zwycięstwa Peterowi Prevcowi. Obecny na trybunach prezydent Andrzej Duda ciągle jest otoczony blaskiem fleszy, profesjonalnych i amatorskich, nie odciąga jednak uwagi od zawodów. Wszystko kończy się austriackim hymnem, granym również dla Michaela Hayboecka, zdobywcy drugiego miejsca. Po ostatnich dźwiękach wybiegam ponownie pod Hyrny i doznaję szoku.

Tam czeka już na mnie tłum kibiców, większy niż w ostatnich dniach. Wszystko dzieje się tak samo, przyjeżdżają busy, skoczkowie albo mijają wszystkich, albo przystają na zdjęcia i autografy. Wszyscy czekają oczywiście na Kamila i gdy w końcu się pojawia, słyszy gromkie „dziękujemy”. Uśmiecha się znowu, szeroko, mimo zmęczenia. Tłum odśpiewuje jeszcze głośno hymn, trąby nie mają końca, wszędzie widać biało-czerwone barwy. Skoczkowie wychodzą na balkony, nagrywają nas albo robią zdjęcia, wszyscy są pod wrażeniem, machają i krzyczą. Jest niczym pod hotelem, gdzie śpią wielkie gwiazdy kina. Z tym, że to tylko skoczkowie. Tylko lub aż, bo dla wielu ich gwiazdy świecą najmocniej.

To wszystko sprawia, że chce się wracać. Zakopane jest mekką dla wszystkich, nie tylko kibiców. Po konkursach media społecznościowe rozpisują się o wrażeniach z tej zimowej stolicy Polski. Skoczkowie zachwyceni jak co roku, kibice również. Za rok nikt nie odpuści tego wydarzenia. Po prostu się nie da. Uwierzcie mi na słowo i już rezerwujcie termin w kalendarzu. Nie pożałujecie.

Żeby nie być gołosłownym, załączam kilka zdjęć. Poczujcie magię.

[huge_it_gallery id=”118″]

Takie widoki miałam z mojego sektora podczas obydwóch konkursów. Przyznam, zacne.


Cykl „Subiektywnie po rozbiegu” to autorska seria felietonów, komentujących, oceniających i opiniujących to wszystko, co dzieje się aktualnie w świecie skoków narciarskich, nie tylko w Pucharze Świata. Jest on wizją autorki, zatem również jej subiektywnym komentarzem wydarzeń, z którym nie każdy czytelnik może się zgadzać.


  • Źródło: informacja własna
  • Foto: Marta Wawrzyniak / Przemysław Krawiec

O autorze

Marta Wawrzyniak

Dodaj komentarz